@panoptykon@c.im avatar

panoptykon

@[email protected]

Pan Optykon aka Dawid Głownia - kino, Japonia, komiks, archeologia mediów, linki do bloga.

This profile is from a federated server and may be incomplete. View on remote instance

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Znów dłubię nad historią sztuki w komiksie. Chciałem nawet zaprezentować tu kolejną paczkę zestawień, ale pomyślałem, że zamiast tego zaproponuję Wam zabawę.

Ile dzieł sztuki rozpoznajecie na tym kadrze?

"Les Carolingiens", 2023, scen., rys. i tusz Pierre Place.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Trochę to trwało, ale w końcu przybywam z drugą odsłoną filmowych ósemek 2026 roku. Czyli wykazu filmów, które ostatnimi czasy oglądałem, z krótkim komentarzem. Na ten rzut nie załapała się żadna powtórka – wszystkie z nich widziałem po raz pierwszy.

Najstarszym był "Świat, ciało i szatan" ("The World, the Flesh and the Devil", 1959, Ranald MacDougall), po który sięgnąłem w ramach nadrabiania zaległości w historii kina postapokaliptycznego. Choć film jest adaptacją powieści "Purpurowa chmura" ("The Purple Cloud") z 1901 roku autorstwa M. P. Shiela, czytelniejszym dla współczesnych odbiorców punktem odniesienia będzie wydana w 1954 roku powieść Richarda Mathesona "Jestem legendą" (I Am Legend") i jej późniejsze adaptacje. Minus wampiry. Bo punkt wyjścia jest podobny – mężczyzna, który być może jest ostatnim człowiekiem na Ziemi, urządza sobie życie w opustoszałym mieście. Jakiś czas później okazuje się jednak, że ocalał nie tylko on – najpierw odkrywa, że w mieście żyje jeszcze młoda kobieta, później zaś przybywa do niego ponad czterdziestoletni mężczyzna. I robi się tłok. A napięcie między ocalałymi narasta. Tym bardziej że główny bohater jest czarnoskóry, co ma głębokie konsekwencje dla fabuły. Bo jest to film, który wygrywa kwestie rasowe w ówczesnym amerykańskim społeczeństwie. Warto obejrzeć.

Zdecydowanie mniej warto poświęcać natomiast czas na "Legion potępionych" ("La Legione dei dannati" aka "Battle of the Commandos", 1969, Umberto Lenzi), po który sięgnąłem z trzech względów – z uwagi na reżysera, w ramach powolnego nadrabiania macaroni combat oraz dlatego, że to wariacja na temat "Parszywej dwunastki" ("The Dirty Dozen", 1969, Robert Aldrich). Niestety, zwłaszcza na tle "Parszywej dwunastki", "Legion potępionych" wypada słabo, głównie ze względu na postaci, które, poza dwiema, są słabo zarysowane, a im dalej w szeregu się znajdują, tym bardziej są nierozróżnialne. Niby widać próbę zrobienia czegoś ciut ciekawszego z główną postacią, zwłaszcza pod koniec, ale wychodzi to mocno nieprzekonująco.

Seanse "Zabójczego Boga" ("Matar a Dios" aka "Killing God", 2017, Caye Casas, Albert Pintó) i "Stolika kawowego" ("La mesita del comedor" aka "The Coffee Table", 2022, Caye Casas) sprawiły, że dodałem Casasa do mentalnej listy twórców, których trzeba śledzić. Po "Stolik kawowy" sięgnęliśmy dość spontanicznie, trochę bez przekonania i bez oczekiwań, ale sprawne kombo okrutnej czarnej komedii i przejmującego dramatu skłoniło nas do natychmiastowego sprawdzenia wcześniejszego filmu reżysera. Pierwsze – wciąż robocze – skojarzenie, jakie mam, to wczesny Álex de la Iglesia, tylko bardziej nihilistyczny. Czekam na jego kolejne filmy.

"Diva Futura" (2024, Giulia Steigerwalt) i "Balkoniary" ("Les femmes au balcon" aka "The Balconettes", 2024, Noémie Merlant) były rozczarowujące. W przypadku tego pierwszego nie mogłem wyjść ze zdziwienia, że taki temat przełożył się na miałki biopic o bałaganiarskiej strukturze. "Balkoniary" weszły mi lepiej, ale to może kwestia braku oczekiwań (które w przypadku "Divy Futury" były wysokie). Początek był bardzo w porządku, ale dość szybko film przerodził się w mieszankę trafień i pudeł – są tam dobre pomysły, ale całości ciąży metaforyka budowana na zabiegu "to może być wątek nadnaturalny, ale też wszystko można wyjaśnić omamami".

Na koniec zostały dwa tytuły, które (trochę mimo różnic między nimi, a trochę za ich sprawą) można przypisać do kategorii niby-o-polityce-ale-jednak-nie. Przy czym pierwszemu z nich to służy, a drugiemu – wręcz przeciwnie.

Służy to "Pogłoskom" ("Rumours", 2024, Guy Maddin, Evan Johnson), których wymowę polityczną można streścić do banalnej konstatacji, że na wysokich szczeblach polityki międzynarodowej chodzi o to, żeby zgrabnie mówić tak, by nic nie powiedzieć i podtrzymać status quo. Niby można doszukiwać się w filmie nieco głębszej myśli, mianowicie, że przywódcy liberalnych demokracji nie są w stanie działać inaczej nawet w obliczu zagrożenia egzystencjalnego, ale, nawet jeśli takie były intencje twórców, siła "Pogłosek" tkwi nie w tej myśli, lecz sposobie jej ogrania. Jest to film i zabawny, i niepokojący, i niepokojąco zabawny.

CD w komentarzu.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Ledwo co, bo raptem trzy dni temu, wpadłem na to, że mógłbym prezentować tu różne dzieła sztuki bez rozpisywania się o nich w ramach nieformalnego cyklu o roboczej nazwie "Dzieła sztuki bez kontekstu", a już łamię jego założenia.

Bo obraz "Wieczne miasto" ("Eternal City") Petera Blume'a z 1937 roku przydałoby się choć trochę w kontekście osadzić.

Rzecz jasna można stwierdzić, że wystarczającym kontekstem dla tego obrazu jest ze wszech miar słuszna myśl, że "kolor brunatny jest kolorem gówna", i byłoby w tym sporo prawdy, ale sama ta myśl nie wyjaśnia, skąd na obrazie wzięły się niektóre elementy.

A było to tak, że w 1932 roku Blume wyjechał na rok do Włoch w ramach stypendium Guggenheima. Tam zaś, zwiedzając pewnego dnia Forum Romanum, znalazł w ruinach wykonaną z papier-mâché figurkę Mussoliniego i wizerunek Chrystusa. Artysta połączył w myślach te znaleziska, ruiny Forum Romanum i fakt, że przebywał we Włoszech w dziesiątą rocznicy marszu na Rzym i przejęcia władzy przez faszystów, co zainspirowało go do stworzenia "Wiecznego miasta". Prace nad obrazem rozpoczął jeszcze w 1934 roku, ale ukończył go dopiero po trzech latach.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

I znów, wertując starszą prasę w poszukiwaniu czegoś innego, trafiłem na coś fajnego.

A konkretnie: reklamę czasopisma "Super Boom!" zamieszczoną w piątym numerze "Świata Młodych" z 1993 roku (datowanym na 30 stycznia).

Podrzucam. Może wywoła w kimś miłe wspomnienia.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Dziś "Historia sztuki w komiksie" w nieco innym formacie. Czyli: jedno dzieło i kadry, które w związki z nim odnotowałem, a które jeszcze nie pojawiły się w ramach cyklu.

Bezpośrednią inspiracją była zakończona wczoraj lektura siódmego tomu wydania zbiorczego "Donżonu".

Inb4 "Tobie to się chyba wszystko z tymi obrazami kojarzy": Tak.

Czyli:

Hokusai, "Wielka fala w Kanagawie" ("Kanagawaoki namiura"), ok. 1830-1833.

I komiksiory:

"Donjon Monsters", t. 13: "Réveille-toi et meurs", 2020, scen. Joann Sfar, Lewis Trondheim, rys. i tusz David B.

"Les aventures d' Henri-Georges Midi", t. 1: "Les 7 morts de Mademoiselle Harington", 1989, scen. Didier Convard, rys. i tusz Christian Goux.

"Alix", t. 3: "L'Île maudite", 1957, scen., rys. i tusz Jacques Martin.

"Fanch Karadec. L'enquêteur breton", t. 2: "L'affaire malouine", 2012, scen. Stéphane Heurteau, rys. i tusz Sébastien Corbet.

"Sambre", t. 6: "La mer vue du Purgatoire...", 2011, scen., rys. i tusz Bernard Yslaire.

„Grandville”, t. 5: "Force Majeure", 2017, scen., rys. i tusz Bryan Talbot.

P.S. Seria "Donżon" wychodzi w Polsce nakładem wydawnictwa Timof i cisi wspólnicy, "Sambre" wydał Egmont, pozostałe komiksy jak dotąd u nas się nie ukazały.

image/jpeg
image/jpeg
image/jpeg

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Od kilku lat zastanawiam się, co zrobić z zapisanymi na dysku reprodukcjami obrazów, na które napotykam się w różnych okolicznościach, które podobają mi się na tyle, że chciałbym je pokazać, ale nie mam pomysłu na jakiś większy materiał, cykl czy sposób powiązania tych obrazów ze sprawami bieżącymi.

A może odpowiedź na to pytanie jest prosta? Tak prosta, że przez lata mi umykała? Mianowicie – po prostu rozpocząć nieregularny cykl o roboczej nazwie "Dzieła sztuki bez kontekstu", w którym po prostu będę te obrazy pokazywał, ograniczając się do nazwiska autora, tytułu i daty powstania?

Hmmm... Spróbujmy. Na pierwszy ogień niech pójdzie to.

Edwin Landseer, "Małpa, która zwiedziła świat" ("The Monkey Who Had Seen the World", 1827.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Mam pytanie, a zarazem coś do pokazania.

Po kolei jednak. Najpierw kilka zdań tytułem wyjaśnienia.

Ostatnimi czasy nieśpiesznie zgłębiam temat, który wcześniej był mi znany co najwyżej pobieżnie (i to bardzo pobieżnie). Mianowicie – gier na podstawie komiksów z lat 80. i pierwszej połowy lat 90. XX wieku. Nie jest to jakiś intensywny research, ale co jakiś czas siadam wieczorem, by coś odczytać, a nawet sprawdzić na emulatorach.

W ten sposób niedawno odkryłem grę z 1989 roku na podstawie frankofońskiej serii "W poszukiwaniu ptaka czasu" ("La Quête de l'oiseau du temps"). Grę przygodową, opracowaną przez Infogames i wydaną w wersjach na Amigę, Atari ST i PC. Grę, o której wcześniej nic a nic nie słyszałem.

I tu pojawia się moje pytanie. W chwili wydania gry miałem pięć lat, a pierwszy komputer dostałem na komunię i był nim Commodore 64, toteż w chwili premiery gra mnie ominęła. Co prawda później nadrobiłem trochę prasy growej z początku lat 90., pożyczanej od starszych znajomych, ale nie wydaje mi się, żebym gdziekolwiek w niej natknął się informacje o tej grze. A na pewno bym rozpoznał, że to adaptacja komiksu, bo ten wówczas znałem – po raz pierwszy ukazał się w Polsce w latach 1990-1991 pod tytułem "Pelissa".

A tak... Rozpisuję się, a miało być pytanie. No więc – czy trafią się tu osoby, które z jakiś względów (np. siedziały wówczas w grach albo interesują się retrogamingiem) są w stanie powiedzieć, czy ta gra była w latach 90. w Polsce jakoś bardziej znana?

A co do rzeczy do pokazania. Łapcie dwanaście screenów z gry. Z wersji na Amigę, bo ta pecetowa wygląda duuużo gorzej.

Ładnie wygląda, co nie? Co prawda nie jestem obiektywny, bo mam słabość do pixelartu, ale trudno mi sobie wyobrazić, by ktoś mógłby tu być po drugiej stronie argumentu.

image/jpeg
image/jpeg

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Niemal dwa lata temu recenzowałem katalog ostatniej wówczas komiksowej wystawy organizowanej przez Galerię BWA Jelenia Góra – "Bogusław Polch. Retrospektywa".

Od tego czasu ostatnia komiksowa wystawa jeleniogórskiej galerii stała się przedostatnią, zaś ostatnia – "Komiks Polski. Złoty Okres" – doczekała się własnego katalogu.

Jego jednak recenzować nie będę. A to dlatego, że znalazł się w nim mój artykuł pod tytułem "Z recepcji komiksu w Polsce w jego złotym okresie". Artykuł obszerny, bo wyszło mi ponad 40 stron znormalizowanego maszynopisu, co przełożyło się na 20 stron w katalogu.

Osoby, które śledzą moje sociale dłużej, być może pamiętają, jak we wrześniu i październiku ubiegłego roku, udostępniałem w nich skany tekstów poświęconych komiksowi z prasy PRL-u. Choć wtedy nie pisałem o tym otwarcie, tylko sygnalizując, że dłubię nad czymś w temacie, materiały te podrzucałem na marginesie prac nad tym właśnie artykułem. Prace trwały trzy ponad trzy miesiące, ale myślę, że było warto. Napisać ten tekst. A czy przeczytać? To już zostawię ocenie osób, które po niego, jak i cały katalog sięgną.

Poza moim artykułem w katalogu znajdziecie około czterdzieści stron z reprodukcjami prac prezentowanych na wystawie, liczne biogramy artystów, krótki wstęp autorstwa Piotra Machłajewskiego, kuratora wystawy i redaktora katalogu, przede wszystkim zaś osiem innych artykułów.

Poniżej znajdziecie wykaz wszystkich tekstów i biogramów.

Teksty:

  1. Piotr Machłajewski. Komiks polski. Złoty okres (wstęp).
  2. Adam Rusek. Pomiędzy fasadą a tyłami – artyści i wydawnictwa książkowe w złotym okresie komiksu polskiego. Gawęda.
  3. Michał Traczyk. Między powinnością a dobrą zabawą. Słów kilka o niuansach fabuł ze złotego okresu polskiego komiksu
  4. Jerzy Szyłak, Jakub Konefał. Czasopisma i opowieści obrazkowe w złotym wieku polskiego komiksu.
  5. Marcin Osuch, Konrad Wągrowski. Krótka historia komiksu w „Świecie Młodych”.
  6. Marek Misiora. Złoty okres. Komiks w prasie polskiej.
  7. Wojciech Birek. Magazyny komiksowe złotej ery.
  8. Dawid Głownia. Z recepcji komiksu w Polsce w jego złotym okresie.
  9. Tomáš Prokůpek. Komiksowy raj Wschodu. Złoty okres polskiego komiksu z perspektywy czeskiej i europejskiej.

Biogramy:

  1. Waldemar Andrzejewski (Adam Rusek),
  2. Tadeusz Baranowski (Radosław Owczarek),
  3. Bohdan Butenko (Anita Wincencjusz-Patyna),
  4. Henryk Jerzy Chmielewski (Witold Tkaczyk),
  5. Janusz Christa (Krzysztof Janicz),
  6. Zbigniew Kasprzak (Marcin Osuch, Konrad Wągrowski),
  7. Szymon Kobyliński (Witold Tkaczyk),
  8. Edward Lutczyn (Witold Tkaczyk),
  9. Andrzej Mleczko (Witold Tkaczyk),
  10. Andrzej O. Nowakowski (Witold Tkaczyk),
  11. Szarlota Pawel (Maciej Jasiński),
  12. Bogusław Polch (Witold Tkaczyk),
  13. Tadeusz Raczkiewicz (Maciej Jasiński),
  14. Grzegorz Rosiński (Witold Tkaczyk),
  15. Jerzy Skarżyński (Adam Rusek),
  16. Jacek Skrzydlewski (Marcin Osuch, Konrad Wągrowski),
  17. Marek Szyszko (Marcin Osuch, Konrad Wągrowski),
  18. Mieczysław Wiśniewski (Marcin Osuch, Konrad Wągrowski),
  19. Krystyna Wójcik (Matylda Sęk-Iwanek),
  20. Jerzy Wróblewski (Maciej Jasiński).

Dziękuję Piotrowi Machłajewskiemu za zaproszenie do udziału w inicjatywie. A wszystkich zainteresowanych komiksem PRL-u zachęcam do sięgnięcia po katalog.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Skoro już wróciłem tu do historii sztuki w komiksie, to mam jeszcze jeden materiał. A co mi tam.

Dłubię właśnie nad historiosztukowokomiksowym domknięciem "Grandville", przygotowałem już wstępnie kilka ostatnich zestawień, które wkrótce wrzucę, ale jednym chciałbym się z Wami podzielić już teraz.

Jean-Auguste-Dominique Ingres, "Wielka odaliska" ("Grande Odalisque"), 1814.

"Grandville", t. 3: Bête Noire, 2012, scen., rys. i tusz Bryan Talbot.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Dawno już nie było historii sztuki w komiksie. I Conana. Więc jest. Historia sztuki w komiksie. I Conan. Świeżutki.

Elizabeth Thompson, "Scotland Forever!", 1881.

"Conan the Barbarian", nr 28, 2026, scen. Jim Zub, rys. i tusz Fernando Dagnino.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Makabryczna strzelanka z perspektywy pierwszoosobowej... tylko że jest to film.

Mam słabość do twórczości Giulio De Santiego, współtwórcy studia Necrostorm, specjalizującego się w produkcji niezależnych filmów z niskim budżetem, za to wysokim stężeniem gore.

A w ramach tejże największą słabość mam do serii "Hotel Inferno" , utrzymanej w kluczu (bardzo) krwawego horrorowego FPS-a. W tej zaś do jej drugiej odsłony – "Hotel Inferno 2: Katedra bólu" ("Hotel Inferno 2: The Cathedral of Pain", 2017, Giulio De Santi, Tiziana Machella.

"Hotel Inferno 2" można obejrzeć bez znajomości pierwszej części. Możliwe nawet, że jest to lepszą opcją, ponieważ dopiero w drugiej De Santi i Machella w pełni odpinają wrotki. Wystarczy wiedzieć, że protagonista, Frank, jest zabójcą na zlecenie, który trafił do piekła i próbuje się z niego wydostać, by wrócić do żony.

Jeśli Wasze serca (hehe, w kontekście prezentowanego fragmentu, pun jak najbardziej intended) biją czule na myśl o serii "Doom", w mniejszym stopniu oryginalnym "Quake'u", w największym zaś – pierwszej odsłonie (chyba dziś nieco zapomnianej) serii "Blood", a niskobudżetowe efekty praktyczne nie zniechęcają Was do seansu, a wręcz przeciwnie, to dajcie filmowi szansę.

W "Hotel Inferno 2" stylizacja na strzelankę z perspektywy pierwszej osoby, rozgrywającą się w świcie, w którym piekło, demony i magia naprawdę istnieją, nie ogranicza się wyłącznie do warstwy wizualnej i konsekwentnego ukazywania akcji z oczu protagonisty. De Santi i Machella adaptują w niej także mechanikę tego typu gier, łącznie z odzyskiwaniem punktów życia (bezpośrednim punktem odniesienia jest tu "Blood"), pozyskiwaniem amunicji (tu nadnaturalny twist), a nawet tutorialem (protagonistę instruuje wiedźma, którą ten nosi na plecach).

video/mp4

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Dokąd tak tupta Doman? Tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że w ramach "Pogaduch komiksowych" dotuptaliśmy (po raz pierwszy w dziejach cyklu) do komiksu PRL-u. A konkretnie: "Domana". Tak w wydaniu oryginalnym, jak i zbiorczaka, który ukazał się w 2018 roku nakładem wydawnictwa Egmont.

Przegadaliśmy ponad dwie godziny. Głównie o "Domanie" i jego twórcy, ale pod koniec rozmowy tradycyjnie poświęciliśmy nieco czasu polecanki (w których dominowały komiksy fantasy).

Pojawiło się sporo myśli, między innymi, że, gdyby nie jeden z zeszytów, to seria mogłaby nazywać się "Sambor" (ja), że Doman jest czasami femme, ale przede wszystkim jest polskim He-Manem (Marta), że czasami są w nas dwa Domany (Paweł), że Nowakowski to trochę polski Corben (Szymon) i że smok jest piękny (wszyscy).

Rozmawiało nam się świetnie, nieśmiało więc liczę, że i Wam, jeśli się skusicie, będzie się miło słuchało.

YouTube: https://www.youtube.com/watch?v=SDDuLJBAcQE

Spotify: https://open.spotify.com/episode/1ww2ikhwGyyNXzcHsPo6IR

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Mam dla Was kolejną ciekawostkę w związku z komiksem "Krew dziewicy" od wydawnictwa Kultura Gniewu, o którym pisałem już 12 i 13 stycznia.

Na kilku kadrach można zobaczyć plakaty wiszące w mieszkaniu głównego bohatera i jego żony. I są to plakaty nieprzypadkowe.

Nie tylko dlatego, że podkreślają autentyczne zamiłowanie protagonisty do kina grozy i science fiction (on naprawdę chce tworzyć takie filmy), ale także ze względu na to, że odpowiadają podwójnemu programowi kinowemu, który zadebiutował w USA 22 maja 1957 roku.

Jednym z wyświetlanych w ramach programu filmów był "Potwór z Zielonego Piekła" ("Monster from Green Hell", 1957) w reżyserii Kennetha G. Crane'a. Drugim zaś "Pół-Człowiek" ("Half Human") – amerykańska wersja japońskiego filmu "Nieludzi człowiek śniegu" ("Jūjin yukiotoko") z 1955 roku w reżyserii Ishirō Hondy (tak, tego od Godzilli). W niej również maczał palce Crane.

Amerykański dystrybutor obu filmów – Distributors Corporation of America – zdecydował się na wprowadzenie do japońskiej produkcji znacznych zmian. Przede wszystkim wycięto z niej sporo materiału, wprowadzono także sceny z amerykańską obsadą (między innymi Johnem Carradine'em), wyreżyserowane właśnie przez Crane'a. A że miało to być zrobione tanio, z japońskimi kwestiami niespecjalnie się certolono, wygłuszając je muzyką i narracją postaci granej przez Carradine'a.

Fajnie, że Sammy Harkham, tworząc komiks, nie wrzucił na tę ścianę losowych b-klasowych produkcji z lat 50. XX wieku, tylko sięgnął po tytuły ze sobą jakoś powiązane, co nie?

Jako ciekawostkę w ramach ciekawostki dodam, że "Nieludzki człowiek śniegu" nie doczekał się dotąd oficjalnego wydania na nośnikach kina domowego, nie był też wyświetlany w telewizji przynajmniej od przełomu lat 60. i 70. ubiegłego wieku (to, na ile był wyświetlany wcześniej, jest kwestią dyskusyjną) i nie wznawiano go w kinach. Wytwórnia Tōhō, mająca prawa do filmu, nie wydała w tej kwestii oświadczenia, ale dość powszechnie przypuszcza się, że pogrzebała "Nieludzkiego człowieka śniegu" ze względu na sposób przedstawiania w nim zamkniętej społeczności w Alpach Japońskich (kalectwa i deformacje wynikające z chowu wsobnego) i obawy, że może on ściągnąć na film i wytwórnię krytykę ze strony organizacji działających na rzecz praw burakumin – wciąż spotykającej się z dyskryminacją grupy społecznej historycznie wywodzącej się z wyrzutków społecznych i zawodów postrzeganych jako nieczyste.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Kilka dni temu podzieliłem się z kolegą z pracy powracającą co jakiś czas myślą, czy ma sens mówienie, że widziało się jakiś film, czytało komiks lub książkę, jeśli nic się z nich nie pamięta.

Podchwycił temat, sprowadzając rozmowę na "Straszny film" ("Scary Movie", 2000, Keenen Ivory Wayans).

Powiedział, że niedawno, przeskakując kanały w telewizji, trafili z partnerką na "Straszny film", zaczęli go oglądać od mniej więcej połowy i choć nie widzieli go niemal do czasu premiery, to bardzo szybko wspomnienia wracały – wystarczył początek sceny.

Miałem to jakoś skomentować, ale kolega uprzedził mnie pytaniem: "A pamiętasz tam papieża"?

"Jakiego papieża?" – odpowiedziałem pytaniem na pytanie. "No papieża-Polaka" – odparł. "Tam jest scena z papieżem? – zdziwiłem się.

"Nie do końca. W scenie seksu głównej bohaterki z jej chłopakiem, pod koniec filmu, na jej ścianie wisi plakat z Janem Pawłem II" – wyjaśnił.

Przed chwilą sprawdziłem. Jest. I jest to coś absolutnie losowego.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Czy blisko pięćdziesięcioletni krótkometrażowy film edukacyjny, instruktażowy, będący elementem kampanii społecznej, czy jak zwał, tak zwał, może (wciąż) emocjonalnie kopać?

Może. Jeśli to "Apacze" ("Apaches") z 1977 roku w reżyserii Johna Mackenziego – tego samego, spod ręki którego wyszedł świetny kryminał "Długi Wielki Piątek" ("The Long Good Friday", 1980) z błyskotliwą rolą Boba Hoskinsa.

Dwudziestosześciominutowy film "Apacze" został wyprodukowany przez brytyjski Central Office of Information na potrzeby Health and Safety Executive, a poświęcony był kwestii bezpieczeństwa dzieci na terenach rolniczych.

Tematyka nie brzmi zbyt zachęcająco? Być może. Ale wykonanie. Oj, to już inna para kaloszy.

Film zaczyna się od zabawy szóstki dzieci w kowbojów i Indian. Dzieciaki mają zabawkową broń, część z nich nosi opaski i ma twarze umalowane w "indiańskie barwy wojenne". Dostrzegają traktor z przyczepą, który w ramach zabawy traktują jako wóz z konwoju osadników. Ruszają za nim w pościg. Jedno z dzieci wskakuje na przyczepę i "strzela" do kierowcy traktora. Kierowca dołącza do zabawy, odpowiadając ogniem. Uradowanie dziecko wpada pod koła. Traktor się zatrzymuje. Dziecka nie można już uratować.

A to dopiero początek. W kolejnych dniach dzieci kontynuują zabawę, a ich liczba zmniejsza się. Czy pod koniec będzie żyło choćby jedno z nich?

Mocna rzecz. Ciekawe, jaki efekt film wywierał na dzieci, którym puszczano go w latach 70. i 80. XX wieku.

video/mp4

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Miło mi donieść, że wczoraj na stronie Klub Miłośników Fantastyki "Sagitta" wylądowała rozmowa ze mną, którą przeprowadził Tomasz Stepiński.

A gadaliśmy między innymi o moich formujących doświadczeniach (pop)kulturowych, początkach zainteresowań tematami, na których skupia(łe)m się w badaniach, mojej ścieżce akademickiej, a także kwestiach bardziej ogólnych, głównie odbiorze tekstów kultury i bogactwie współczesnej polskiej oferty komiksowej.

Po publikacji wywiadu miałem pewne wątpliwości dotyczące jego struktury, ponieważ zaczyna się od mojej biografii, a ogólniejsze tematy pojawiają się później. Ale chyba inaczej się nie dało i nie byłoby sensu kombinować z kolejnością tematu na etapie redakcji tekstu, bo kwestie ogólne wychodzą płynnie z partii wspominkowej.

Czuję się trochę niezręcznie zachęcając do lektury rozmowy ze mną, która ma tak wyraźnie biograficzny charakter, ale może właśnie to może być dla części z Was, zwłaszcza osób z grubsza w moim wieku (rocznik 1984), w jakimś stopniu interesująca, bo można porównać swoje doświadczenia – na ile mieliśmy wspólne, a na ile te się nam rozjeżdżały.

W formie zamęty podrzucam trzy wyimki. Dwa biograficzne – o problemach, jakie mieli moim rodzice w kontroli nad tym, jakie komiksy są odpowiednie dla dziecka na początku transformacji ustrojowej, i o tym, jak w liceum wmawiałem mieszczanom film zdecydowanie nie w ich guście. Jeden zaś natury bardziej ogólnej – o tym, jak można polecać komiksy osobom, które tym medium się nie interesują.

=====================

Pamiętam nasz wyjazd do Zakopanego w 1991 roku, podczas którego pozwolili mi kupić sobie w kiosku komiks. Wybrałem „Thorgala”, a konkretnie album „Upadek Brek Zarith”, rodzice jednak go przejrzeli i stwierdzili, że to komiks zbyt poważny i brutalny dla dziecka. Wybrali, już bez przeglądania, inny komiks, stwierdzając, że ten jest bardziej odpowiedni. Tak oto w wieku siedmiu lat przeczytałem „Zabójczy żart”. Nie muszę chyba dodawać, że „Zabójczy żart” jest komiksem, który wywołuje w umyśle dziecka o większe poruszenie od, w gruncie rzeczy familijnego, „Thorgala”.

=====================

Wtedy też odkryłem Jodorowsky’ego, również dzięki jednej z list najdziwaczniejszych filmów. Szczególnie zachwyciła mnie „Święta góra”. Byłem nią tak podekscytowany, że nie tylko obejrzałem ją kilka razy na przestrzeni dwóch tygodni, ale wciskałem ją wszystkim wokół. Bez względu na ich gusta!

Do dziś pamiętam taką sytuację z czasów liceum: Rodzice jednego z moich kolegów odebrali go samochodem ze szkoły, do której obaj chodziliśmy, i powiedzieli, żebym zabrał się z nimi, bo mieszkaliśmy w tej samej miejscowości. A że byłem wtedy świeżo po odkryciu „Świętej góry” i którymś z rzędu seansie, to zacząłem ją im wmawiać – że muszą ją obejrzeć, że to wspaniałe dziwactwo, że „magia psychodelii” i tak dalej… A to byli tacy typowi mieszczanie, o konserwatywnej moralności i jeszcze bardziej konserwatywnych gustach. Dla nich to musiał być totalny kosmos.

=====================

Oferta polskich komiksów również jest bardzo szeroka. Ogromnym plusem tej sytuacji jest to, że polecając komiksy, także osobom nie interesujących się wcześniej tym medium, można odwoływać się do ich preferencji – nie jesteśmy skazani na kilka tytułów na krzyż. Czasami ludzie pytają mnie o jakieś polecajki komiksowe – coraz częściej zdarza się, że robią to osoby nie czytające na co dzień komiksów. W takich sytuacjach zazwyczaj pytam: „Czym się interesujesz?” i pod tym kątem dobieram rekomendacje. Lubisz muzykę metalową? Weź „Będziesz się smażyć w piekle” Prosiaka. Bliska ci jest problematyka społeczna, zwłaszcza ta związana z zagadnieniem płci? Weź antologię „Własnym głosem. Herstorie aborcyjne”. Interesuje cię kwestia doświadczenia migracyjnego? Masz „Rozmówki polsko-angielskie” Agaty Wawryniuk. Przekształcenia tkanki miejskiej? „Mord na dzielni”. A może masz jakieś gatunki literackie lub filmowe i sądzisz, że dobrym pomysłem byłoby wejście w komiks od tej strony? Nie ma sprawy. Lubisz horror? Weź „Czarne serce” Godlewskiego lub „Rzeźzin”. Szeroko rozumiane fantasty? Może „Brom” Unki Odyi? Wolisz autobiografie? No to komiksy Anny Krztoń. Interesujesz się sztuką? „Cavalieri. Miłość Michała Anioła” Leszczyńskiego albo „Art gloria artis” Weigta. Zobacz, jak bogata to jest oferta w porównaniu do polskiego rynku komiksowego z lat 70. i 80. XX wieku.

=====================

Tu link do rozmowy: https://kmfsagitta.pl/2026/01/12/kino-japonskie-komiksy-i-ekstrema-rozmowa-z-dr-dawidem-glownia/.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Szybko, szybko, zanim zapomnę, że zadeklarowałem, że pokażę Wam kilka przykładów (około)filmowych nawiązań w komiksie "Krew dziewicy", i/lub pochłoną mnie inne rzeczy.

Weźmy ten fragment – rozmowę telefoniczną głównego bohatera, w czasie gdy jego żona sama je obiad, który mieli zjeść we dwoje.

Na piątym kadrze bohater mówi "Jest tam trochę dobrego mięsa. Vincent Price rąbany siekierą był spoko, ale ogólnie film nierówny – i te straszne peruki".

Vincent Price w jednej z głównych ról, jego postać zabita siekierą, peruki. O jaki film może chodzić?

Co prawda nie widziałem wszystkich filmów z Price'em, ale więc może mi coś umyka, ale byłbym skłonny założyć się, że chodzi o brytyjskiego "Pogromcę czarownic" ("Witchfinder General", 1968, Michael Reeves).

"Pogromca czarownic" jest uznawany za jeden z pionierskich folk horrorów i zaliczany do nieformalnej "Nieświętej Trylogii" ("Unholy Trilogy") brytyjskich folk hororów z końca lat 60. i początku 70. XX wieku, do której należą także "Krew na szponach Szatana" ("The Blood on Satan's Claw", 1971, Piers Haggard) i najbardziej znany z tej trójki "Kult" ("The Wicker Man", 1973, Robin Hardy).

Co ciekawe, w USA film był dystrybuowany przez AIP (American International Pictures) pod tytułem "The Conqueror Worm", czyli: "Czerw zdobywca".

Dlaczego? Ano chciano podpiąć go pod serię luźnych filmowych adaptacji Edgara Alana Poego z lat 1960-1964 z udziałem Vincenta Price'a i w reżyserii Rogera Cormana, pracującego wówczas dla AIP jako producent oraz reżyser. Żeby uwiarygodnić film jako adaptację Poego... do amerykańskiej wersji filmu dodano narrację Price'a, w której aktor recytuje poemat Poego.

A o co chodzi na ostatnim kadrze? Bohater odnosi się do magazynu "Cinefantastique". Wspominany przez niego artykuł o filmach o Rasputinie pojawił się w pierwszym numerze pisma z 1970 roku, choć nie na dwudziestu, lecz piętnastu stronach. To jednak detal. Natomiast materiał retrospektywny o twórczości George'a Pala, ukazał się w trzecim numerze pisma z 1971 roku (i czwartym w ogóle). Ten datowany był na jesień 1971 roku, a więc czas, w którym rozgrywa się akcja komiksu.

Dwa kadry, a tyle treści.

Pisałem, że po komiks warto sięgnąć, zwłaszcza jeśli siedzi się w temacie kina gatunkowego i eksploatacyjnego tamtego okresu? Pisałem. Warto.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Jestem osobą z natury zbyt roztrzepaną, by robić coroczne podsumowania najlepszych rzeczy, jakie przeczytałem czy obejrzałem. Ale...

...gdybym miał za dwanaście miesięcy zrobić wykaz najlepszych komiksów wydanych w Polsce w 2026 roku, to byłoby mi o tyle łatwiej, że murowanego kandydata do pierwszej dziesiątki, a najpewniej i do pierwszej piątki, mam już teraz.

A mowa o albumie "Krew dziewicy" Sammy'ego Harkhama, który do naszego kraju ściągnęła Kultura Gniewu.

Nie minęły jeszcze dwa tygodnie nowego roku, a jedna dziesiąta wykazu załatwiona. Fajnie, co nie?

Technicznie rzecz biorąc, komiks jeszcze się nie ukazał, ponieważ będzie miał premierę 24 stycznia, ale jego lekturę mam już za sobą. A to dlatego, że elektroniczną wersję polskiego wydania udostępnił mi jakiś czas temu Szymon Holcman, pisząc, że ma coś, co powinno mi się spodobać. I miał rację. Trafił, kurde. Oj, trafił.

"Krew dziewicy" to komiks publikowany pierwotnie w formie seryjnej, na łamach autorskiej antologii Harkhama "Crickets" – od numeru 3. z 2010 roku do 8. z 2022 roku (jeden epizod ukazał się też w "Crickets Color Special"). W 2023 roku w USA ukazało się, nakładem Pantheon Books, wydanie zbiorcze, na bazie którego przygotowano edycję polską.

Komiks Harkhama kojarzyłem wcześniej w wyrywkach. A właściwie to z jednego wyimka – kilka lat temu trafił mi w ręce czwarty numer "Crickets", zawierający drugi epizod "Krwi dziewicy". Pamiętam, że pomyślałem wtedy (co w okolicach) "Kurde, dobre to", i zechciałem poznać całość. Ale jakoś rozeszło się po kościach. A teraz w końcu pojawiła się okazja.

Nie pytałem Szymona, dlaczego uznał, że spodoba mi się akurat ten komiks, ale podejrzewam, że ze względu na to, że zna moje zainteresowania filmowe (Szymonie, w razie czego daj znać w komentarzu, czy dobrze obstawiam). Jeśli faktycznie tak było, to trafił. A jeśli powód był inny... to i tak trafił (trafił, kurde, oj, trafił).

Bo moje filmowe serce bije między innymi do kina eksploatacji, zwłaszcza tego z lat 60. i 70. ubiegłego wieku. A o nim w dużej mierze jest "Krew dziewicy".

Akcja komiksu Harkhama rozgrywa się na przestrzeni kilku tygodni 1971 roku w środowisku filmowym w Los Angeles (co do zasady, ponieważ na chwilę przenosi się do Auckland, a kolorowy segment opowiada o Hollywood okresu kina niemego i klasycznego). Ale nie w blichtrze wielkich wytwórni i gwiazd rywalizujących o Oscary, lecz w sektorze produkcji eksploatacyjnej. Główny bohater pracuje (początkowo jako montażysta zwiastunów, później udaje mu się sprzedać scenariusz, w końcu zaś dostaje szansę na reżyserię) dla producenta filmowego, w którym trudno byłoby nie dopatrzyć się odpowiednika Rogera Cormana.

Perypetie związane z realizacją filmu "Krew dziewicy" (stąd tytuł komiksu) łączą się z problemami w związku głównego bohatera – większość historii ukazana jest z jego perspektywy, ale jeden epizod poświęcony jest niemal w całości jego żonie.

Rozbijanie komiksu Harkhama na komponent obyczajowy i filmowy jest z pewnością dla niego krzywdzące, ponieważ te dwa aspekty "Krwi dziewicy" (a także inne: opowieść o klasycznym Hollywoodzie i o doświadczeniu Holokaustu z perspektywy matki żony bohatera) stanowią spójną całość, ale nie będę ukrywał – największej frajdy dostarczył mi filmowy aspekt tego komiksu (bo obyczajówka do lekkich nie należy).

Sądzę, że jeśli lubicie komiksową obyczajówkę, to "Krew dziewicy" nie zawiedzie Was, nawet jeśli niegdysiejsze kino eksploatacyjne (a w szerszej perspektywie: gatunkowe), nie leży w obszarze Waszych zainteresowań. Ale jeśli leży... Łoł. Pędźcie zamówić ten komiks!

Jest to rzecz wypchana nawiązaniami do tego kina. Przyjmującymi różne formy: a) niektóre filmy są w "Krwi dziewicy" wskazywane bezpośrednio, z tytułów, czy to w dialogach czy jako element świata przedstawionego), b) inne filmy, a także osoby i wydarzenia, nie są przywoływane otwartym tekstem, ale można wywnioskować, o co lub kogo chodzi, c) jeszcze inne zaś, i tych jest najwięcej, stanowią fikcjonalne odpowiedniki autentycznych tytułów, osób i trendów filmowych.

Wyłapywanie tych odniesień i nawiązań to prawdziwa frajda. Mam plan, by w najbliższych dniach pokazać Wam kilka takich rzeczy. A tymczasem zostawiam Was z przykładowymi planszami.

image/jpeg
image/jpeg

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Nawiązując do wczorajszego wpisu, w którym wyznałem, że nigdy nie udało mi się wykształcić w sobie umiejętności zwięzłego, jednozdaniowego, zarazem efektywnego, jak i efektywnego rekomendowania filmów...

Facebook przypomniał mi, że pięć lat temu odbyłem taką rozmowę:

  • Jeśli lubisz filmy, w których ludzie płyną łodzią i im odpierdala...

  • Nie lubię.

I tak nie udało mi się namówić do seansu filmu "Aguirre, gniew boży" ("Aguirre, der Zorn Gottes", 1972) Wernera Herzoga.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Ostatnimi czasy coraz częściej myślę nad tym, że nie udało mi się wykształcić w sobie umiejętności krótkiego, jednozdaniowego, zarazem efektywnego i efektywnego rekomendowania filmów.

I pewnie nigdy już mi się nie uda. Ale spróbuję tego w odniesieniu do filmu "Lolly-Madonna XXX" (1973, Richard C. Sarafian).

No więc: "Lolly-Madonna XXX" wygląda jak film nakręcony w latach 70. przez amerykańskiego duchowego poprzednika Smarzowskiego z akcją osadzoną w Wygwizdowie, Tennessee, USA.

Dwie zwaśnione rodziny, przypadkowo zaplątana w ich konflikt kobieta z zewnątrz... Ajajaj, znów to robię. Rozpisuję się. A miało być w jednym zdaniu.

A jaka obsada – młodzi Jeff Bridges, Gary Busey, Randy Quaid i Ed Lauter, już niemłodzi Rober Ryan i Rod Steiger... Ajajaj, no i znów to robię. Koniec!

I jeszcze raz: "Lolly-Madonna XXX" wygląda jak film nakręcony w latach 70. przez amerykańskiego duchowego poprzednika Smarzowskiego z akcją osadzoną w Wygwizdowie, Tennessee, USA.

Bardzo polecam. Tym bardziej, że to film w Polsce bardzo słabo znany. Zwłaszcza jeśli sugerować się liczbą ocen na Filmwebie – 85.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Kontynuujemy podróż z logami producentów i dystrybutorów filmowych modyfikowanymi na potrzeby konkretnych tytułów.

Tym razem "Strait-Jacket" (1964, William Castle), jeden z licznych filmów o psychopatycznych mordercach, które powstały na fali "Psychozy". Z Joan Crawford w roli głównej.

To rzecz jak na cykl wyjątkowa, ponieważ zmodyfikowane logo pojawia się po seansie, to je poprzedzające jest tradycyjne.

video/mp4

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Jak być może wiecie, w ubiegłym miesiącu w Dolnośląskiej Bibliotece Publiczne im. Tadeusza Mikulskiego we Wrocławiu odbyła się świetna impreza komiksowa "Miesiąc z dziewiątą sztuką".

Miałem przyjemność wziąć w niej udział zarówno jako uczestnik, jak i prelegent. Moja prelekcja poświęcona była zagadnieniu, które już od ponad dwóch lat regularnie gości na moich socialach i z którym miałem przyjemność pojawić się w kilku miejscach, czyli historii sztuki w komiksie.

Tym razem jednak po raz pierwszy prelekcja została zarejestrowana z zachowaniem wysokich standardów dźwięku i obrazu. A później udostępniona na youtube'owym profilu biblioteki.

Tak więc, jeśli temat Was interesuje, to zachęcam do rzucenia okiem i uchem. Tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=cANAFgG5KZE.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Wczoraj miałem ogromną przyjemność obejrzeć na wielkim ekranie we wrocławskim Kinie Nowe Horyzonty "Rashomona" ("Rashōmon") Akiry Kurosawy i wygłosić przed pokazem krótką prelekcję. A dziś pomyślałem, że nieprędko ponownie pojawi się tak dobra okazja, by napisać coś więcej o tym filmie. Więc ją wykorzystuję.

"Rashomon" jest filmem, za sprawą którego zachodnia widownia odkryła kino Japonii. Choć może lepszym stwierdzeniem jest, że to film, który owo odrywanie zapoczątkował, jako że lata 50. XX wieku były okresem sukcesów japońskich dzieł na międzynarodowych imprezach filmowych. Zaczęło się jednak od "Rashomona" – od zdobycia przez niego Złotej Palmy na festiwalu filmowym w Wenecji w 1951 roku i Oscara dla filmu nieanglojęzycznego w 1952 roku.

Na rolę "Rashomona" w tym zjawisku zwracano uwagę już w latach XX ubiegłego stulecia.

Roger Manvell pisał w książce "The Film and the Public" z 1955 roku: ">Rashomon< otworzył nasze oczy na walory artystyczne japońskiego kina".

W dwa lata późniejszej monografii "The Liveliest Art: A Panoramic History of the Movies" Arthur Knight stwierdził zaś "Do czasu zdobycia przez Rashomon Akiry Kurosawy głównej nagrody na Festiwal Filmowym w Wenecji w 1951 roku, powszechnie zakładało się, że przemysł filmowy w Japonii – tak, jak studia filmowe w Indiach czy Egipcie – produkował dużą liczbę filmów
o wątpliwej wartości artystycznej i interesujących tylko dla lokalnej widowni".

Co ciekawe jednak – sami Japończycy nie byli przekonani co do tego, czy na festiwal w Wenecji powinien zostać wysłany właśnie ten film. A pisząc "Japończycy", mam na myśli osoby decyzyjne w Japońskim Stowarzyszeniu Producentów Filmowych, którzy uważali, że na zagraniczną imprezę najlepiej będzie wysłać film współczesny, ukazujący nowoczesną, demokratyczną Japonię.

Innego zdania była Giuliana Stramigioli, do której stowarzyszenie zwróciło się z prośbą o poradę w tej kwestii.

Stramigioli, żyjąca wówczas w Japonii, była zafascynowana tym krajem od młodych lat, a od kilku parała się filmem zawodowo. Włoszka ukończyła studia japonistyczne na Uniwersytecie Rzymskim i przez dwa lata kształciła się na Uniwersytecie w Kioto. W 1940 roku przeniosła się do Japonii na stałe, a osiem lat później założyła firmę Italiafilm, zajmującą się importem włoskich filmów do Japonii.

Obejrzawszy "Rashomona", Stramigioli przeforsowała wysłanie tego filmu na wenecki festiwal, argumentując, że jest on jednocześnie "wyjątkowy" i "typowo japoński". Z perspektywy decydentów w Japońskim Stowarzyszeniu Producentów Filmowych "Rashomon" nie był reprezentatywny dla japońskiego kina – co było prawdą – Stramigioli jednak przekonała ich, by dal szansę właśnie temu filmowi.

Z kwestią wyjątkowości "Rashomona" na tle całokształtu ówczesnej japońskiej produkcji filmowej wiąże się popularny niegdyś, a i dziś czasem spotykany, mit, jakoby film został doceniony na Zachodzie, a w ojczyźnie Kurosawy był porażką finansową. Z mitem tym już w latach 50. XX wieku walczyli Donald Richie i Joseph L. Anderson, pionierzy zachodniej refleksji nad kinem Japonii.

W opublikowanej w 1959 roku książce "Japanese Film: Art and Industry" pisali: "Wbrew kuriozalnemu mitowi, który najwyraźniej spontanicznie wykształcił się na Zachodzie, Rashomon od samego początku był sukcesem komercyjnym w Japonii. […] Mimo jego intelektualnego charakteru film osiągnął bardzo duże przychody
w kinach na terenie całego kraju. Koszty jego produkcji zwróciły się na długo przed tym, jak zdobył nagrodę w Wenecji w 1951 roku. Menadżerowie kin uznali go za ósmy najbardziej dochodowy film 1950 roku, a w świetle corocznego raportu Daiei był on czwartym najbardziej dochodowym z 54 wyprodukowanych przez wytwórnię w tym roku filmów".

Więcej prawdy zawiera w sobie pogląd, że japońska widownia miała trudności ze zrozumieniem filmu. Rzecz jasna trudno jest stwierdzić, jak wiele osób oglądających wówczas film miało z tym problem, ale w części kin wyświetlanie filmu poprzedzano prelekcją wyjaśniającą, o co w nim chodzi, w stylu benshi (czyli narratorów filmowych w okresie kina niemego, wyjaśniających, co dzieje się na ekranie).

Rychło okazało się, że to Stramigioli miała rację – "Rashomon" zachwycił festiwalową widownię i krytykę. A kolejnym japońskim filmom wysyłanym na międzynarodowe imprezy filmowe było łatwiej.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Mam dla Was jeszcze jeden fragment z filmu "Wicked City" ("Yao shou du shi", 1992, Tai Kit Mak), czyli hongkońskiej aktorskiej adaptacji animca "Wicked City" ("Yōjū Toshi", 1987, Yoshiaki Kawajiri).

Twórcy filmu pozmieniali sporo względem oryginału, a do tego dodali sporo elementów niewystępujących w pierwowzorze.

Między innymi tę piękną scenę, w której demon pragnący zaprowadzić pokój między ludźmi i demonami (w tej roli wybitny japoński aktor Tatsuya Nakadai) próbuje ujarzmić zmiennokształtną demonicę, zmieniając ją w motor, który ujeżdża niczym byka na rodeo.

KINO ABSOLUTNE!

video/mp4

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Nie będę pewnie zbyt oryginalny w moich wrażeniach z seansu hongkońskiej aktorskiej adaptacji animca "Wicked City" ("Yōjū Toshi", 1987, Yoshiaki Kawajiri), ale i tak napiszę, że było to doświadczenie dość osobliwe.

Czyli: "Wicked City" ("Yao shou du shi", 1992, Tai Kit Mak).

video/mp4

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Miło mi donieść, że na stronie czasopisma "Studia Filmoznawcze" przed kilkoma dniami ukazała się elektroniczna wersja najnowszego numeru. A informować o tym mi tym milej, że nie tylko udało nam się zmajstrować fajny numer (z sześcioma tekstami dotyczącymi tematu numeru, "Problemy współczesnego kina", i czterema w dziale "Varia"), ale i trafił do niego mój artykuł poświęcony recepcji spaghetti westernu w PRL-u w latach 60. ubiegłego wieku.

Artykuł jest pierwszą częścią planowanego dyptyku. W drugiej chciałbym skupić się na latach 1970-1989. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będzie gotowy w kwietniu.

Pierwotnie artykuł miał wyglądać inaczej. Chciałem napisać go w kluczu popularyzatorskim i opublikować w ostatnim numerze zinu "Kinomisja", w całości poświęconym spaghetti westernowi, ale dopadła mnie życiówka i nie zdążyłem. Miałem jednak już sporo materiałów i trochę tekstu, a do tego rosnące poczucie, że temat lepiej sprawdzi się w akademickiej formie i takim obiegu.

A oto efekt. Cały numer znajdziecie tutaj: https://czasopisma.uwr.edu.pl/sf/issue/view/1355.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Przybywam do Was z piątą odsłoną cyklu wideo-wpisów z logami producentów i dystrybutorów filmowych modyfikowanymi na potrzeby konkretnych tytułów.

Pozostajemy w temacie Columbii, lecz tym razem wieje grozą. Czyli: "The Grudge – Klątwa 2" ("The Grudge 2", 2006, Takashi Shimizu).

video/mp4

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Na YT już jest, a Spotify wciąż przetwarza kolejne, ósme już, "Pogaduchy komiksowe". Tym razem odmiennej formule – zamiast długiej dyskusji mamy dla Was (i mieliśmy dla siebie) polecajki komiksów, które przeczytaliśmy w tym roku, niekoniecznie po raz pierwszy.
Formuła była odmienna, skład jednak tradycyjny, czyli: mła, Marta Falkowska, Paweł Kozera (Wypisz, wymaluj - subiektywnie o komiksach) i Szymon Firlej (Kosa Kulturalna).

Pierwotny plan był taki, żeby polecić po pięć tytułów na łebka, ale, jak to bywa, zaczęło się kombinowanie i ostatecznie polecajek jest więcej. Głównie rzeczy wydane w Polsce, zagraniczne i krajowe, z różnych wydawnictw (sam postawiłem sobie za cel, żeby na mojej liście nie znalazł się więcej niż jeden tytuł jednego wydawnictwa), jest kilka webkomiksów (sprawka Marty) i artbooków (w tym z kolei przypadku odpowiedzialność bardziej się rozmywa i spada na karb i kark Marty i Szymona).

Zachęcam do odpalenia.

Tu YT: https://www.youtube.com/watch?v=EFi0umtsEPM.

A Spotify wkrótce będzie tu: https://open.spotify.com/show/5C38v2FYHtPrcc1JKHWfEg.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Trochę mnie ta historia sztuki w komiksie skrzywiła, ponieważ teraz jakoś tak automatycznie i nie w pełni świadomie skanuję czytane i przeglądane rzeczy pod kątem cyklu. I tak na przykład wczoraj przeglądałem skany starusieńkiej hiszpańskiej serii komiksowej i trafiłem na to.

Peter Paul Rubens, Rzeź niewiniątek, 1609 [fragment].

"Mathai-Dor", "Trinca", nr 40, 1972, scen., rys. i tusz Víctor de la Fuente.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Kleję właśnie prezentację do prelekcji i bardzo cieszy mnie myśl, że będzie ona dla mnie kolejną okazją, by pokazać najbardziej epickie zdjęcie Toshirō Mifune.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Dziś w historii sztuki w komiksie ponownie akcent polski. I całkiem świeży, bo z lipca tego roku.

Caspar David Friedrich, "Wędrowiec nad morzem mgły" ("Der Wanderer über dem Nebelmeer"), 1818.

"Obietnica", 2025, scen., rys. i tusz Zvyrke.

P.S. Komiks ukazał się nakładem wydawnictwa Diablaq.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Pssst. Mam dla Was namiar na arcyciekawy tekst. Niestety nie w wolnym dostępie, ale o tym, jak go można przeczytać piszę pod koniec.

Niedawno ukazał się najnowszy numer kwartalnika "Czas Kultury", którego tematem przewodnim jest "Młodość (w) akademii". A nim znalazł się tekst Karoliny Kostyry "Wychowani na małym ekranie. O wczesnych praktykach kinofilskich filmoznawczyń i filmoznawców z pokolenia Y".

Celem Karoliny było zbadanie i nakreślenie charakterystyki polskich filmoznawczyń i filmoznawców z roczników 1984-1990, ja zaś byłem jedną z osób, z którymi porozmawiała na potrzeby artykułu. Sądzę, że postawiony sobie cel udało jej się zrealizować wyśmienicie.

Artykuł warto przeczytać z kilku względów, ale z mojej perspektywy najciekawszym jego aspektem jest rozpoznanie i opisanie roli, jaką w edukacji filmowej moich rówieśników i rówieśniczek, związanych dziś z filmem na poziomie akademickim, odegrało piractwo. Od lat miałem podobne intuicje, bazujące na własnych doświadczeniach i rozmowach ze znajomymi, a tekst Karoliny nie tylko je potwierdził, ale i zgrabnie wyartykułował.

Przy różnych okazjach wielokrotnie powtarzałem, że nie byłoby mnie w Akademii (czy to dobrze, czy źle, nie mnie oceniać), a przynajmniej nie zajmowałbym się w jej ramach tym, czym się zajmuję, gdyby nie uczestnictwo w kulturze pirackiej w latach liceum i studiów. Światowe kino poznawałem wówczas głównie za sprawą pirackich serwisów. Nie były one dla mnie jedynym źródłem edukacji filmowej, lecz z pewnością takim, bez którego pozostałe w najlepszym razie byłyby mniej efektywne.

Pirackie serwisy były dla mnie wówczas szkołą filmu – nie jedyną, lecz taką, bez której pozostałe w najlepszym razie byłyby mniej efektywne. Lektura artykułu utwierdziła mnie w przekonaniu, że było to doświadczenie, jakkolwiek nie przepadam za tym określeniem, pokoleniowe.

Poniżej dwa wyimki z artykułu dotyczące tej kwestii, które może zachęcą Was do sięgnięcia po tekst.

====================

Pielęgnowanie pasji umożliwiały nieprzebrane zasoby nowej filmoteki, jaką stanowiły materiały pirackie, zwłaszcza pozyskiwane dzięki systemowi peer-to-peer. Choć piractwo medialne nie było doświadczeniem wyłącznym dla milenialsów, rozmówcy wskazywali na jego szczególną rolę w kształtowaniu generacyjnej tożsamości i wypracowywaniu własnych sposobów oglądania filmów. O znaczeniu piractwa dla nowej kinofilii pisze się coraz częściej i śmielej (Meili 31–45; Sohn 115–123). Dorota Jędrzejewska-Szpak, omawiając własną młodzieńczą aktywność piracką w kontekście społecznym, oświadczyła, że „[k]orzystanie z torrentów to także doświadczenie pokoleniowe. Wielu kinofilów ma je we krwi” (16). Najodważniejsze świadectwa napływają właśnie od samych praktyków. W samoświadomej refleksji jedna z badanych osób stwierdziła: „Dostęp do serwisów pirackich jest nie do przecenienia pokoleniowo. Dla mnie była to szkoła filmu” (Wywiad 6). Program tej szkoły kształtowany był indywidualnie, wedle alternatywnych kanonów, obejmujących zapomniane arcydzieła, niszowe kino gatunków, niepopularne w polskim piśmiennictwie tytuły i nowości pozbawione dystrybucji w kraju. Kiedy tylko nauczyłam się korzystać z torrentów, od razu wyszukałam pliki z filmami Donnie Darko, Klub winowajców i Withnail i ja – w tamtym czasie żaden z tych tytułów nie był dostępny w polskiej dystrybucji. [...]

Wspominając o „kulturotwórczym” potencjale piractwa, badani akcentowali rozwijanie własnej działalności naukowo-dydaktycznej, do jakiej przyczyniło się filmowe oczytanie możliwe dzięki nielegalnym źródłom. Podkreślali także swoją obecną partycypację w kulturze legalnej: kolekcjonowanie płyt Blu-ray i nośników analogowych, kupowanie oficjalnych gadżetów popkulturowych, subskrypcje na platformach streamingowych, udziały w festiwalach filmowych i regularne wizyty w kinie (wychowankowie „małego ekranu” dziś oglądają również filmy w kinach). Rozmówczyni wyznała: „Osoby, które pobierają filmy, nie przestają chodzić do kina, bo ich pasja filmowa jest po prostu stymulowana”; dookreślając przy tym własne stanowisko względem ewentualnego zubożania legalnej kultury komercyjnej przez piractwo: „Nie mam z piractwem większego problemu etycznego. Kiedy ściągam film Disneya, czuję się jak Robin Hood [śmiech]” (Wywiad 10). Rozmówcy konsekwentnie ujmowali piractwo medialne w ramach działań niezgodnych z prawem, ale etycznie słusznych lub przynajmniej akceptowalnych. W tym kontekście dowcipnie wspomniana figura Robin Hooda, symbolizująca dostęp do dóbr wspólnych i redystrybucję bogactwa, pojawia się nieprzypadkowo.

====================

CD w komentarzu.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Dziś w historii sztuki w komiksie akcent polski. I przedpremierowy. Bo tak się cudnie złożyło, że Maciej Pałka dał mi wgląd w komiks, który narysował do scenariusza Karola Webera, który (komiks, nie Weber) ukaże się w przyszłym roku.

Édouard Manet, "Olimpia" ("Olympia"), 1863-1865.

"Dzieci Dzikiego Zachodu", 2026, scen. Karol Weber, rys. i tusz Maciej Pałka.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Jest sprawa. Co prawda zasięgi mam dość mizerne, więc nie wiem, na ile tym wpisem będę mógł sprawie faktycznie pomóc, ale że peja śledzi trochę osób, a liczy się każda złotówka, to spróbuję.

Otóż: osoby pracujące w zakładach Valeo w Chrzanowie, Trzebini i Mysłowicach weszły w walce o godniejsze warunki pracy na drogę strajku i przydałoby im się wsparcie, również finansowe. Niedawne przypadki strajków w Jeremiasie i Solarisie udowodniły, że czasem udaje się coś w ten sposób wywalczyć, więc sądzę, że tym bardziej warto się tą sprawą zainteresować i rozważyć wsparcie.

Więcej informacji o strajku znajdziecie na stronie zbiórki: https://zrzutka.pl/3cezh4.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Mam dla Was kolejny wideo-wpis z mini cyklu poświęconego modyfikacjom log producentów i dystrybutorów filmowych na potrzeby konkretnych filmów.

Pozostajemy w temacie Columbii, tym razem kierując uwagę na film "Zotz!" (1962, William Castle).

A że film nie jest zbyt znany, to, jak sądzę, konieczne jest drobne wyjaśnienie. Mężczyzną zwracającym się do Columbii jest William Castle, reżyser i producent filmu. A słowo, które do niej kieruje, jest nie tylko tytułem filmu, ale i istotnym elementem jego fabuły – ma ono magiczną moc, pozwala bowiem spowolnić czas lub uśmiercić osobę, na którą skieruje się amulet, wokół którego zbudowana jest intryga, jednocześnie wypowiadając to słowo.

video/mp4

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

No więc, nie planuję na dziś nic z historii sztuki w komiksie, czytam sobie piąty zbiorczy tom "Donżonu" od Timof Comics i co tam widzę? Maneta.

Édouard Manet, "Śniadanie na trawie" ("Le Déjeuner sur l'herbe"), 1863.

„Donjon Crépuscule”, t. 106, Révolutions, 2009, scen. Joann Sfar, Lewis Trondheim, rys. i tusz Obion.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Z historii niekonwencjonalnej promocji filmu.

W kwietniu 1974 roku w USA pewien podwójny program kinowy był promowany stylizowanym na część programu informacyjnego zwiastunem, z którego wynikało, że niektórzy widzowie oszaleli oglądając wyświetlane w ramach programu filmy.

Na program składały się "Zakrwawiona panna młoda" ("La Novia Ensangrentada" aka "The Blood Spattered Bride", 1972, Vicente Aranda) i wznowienie "Jak rozczłonkowałem matkę" ("I Dismember Mama" aka "Poor Albert and Little Annie", 1972, Paul Leder).

video/mp4

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

W końcu zabrałem się do obróbki na potrzeby historii sztuki w komiksie albumu "Moderne Olympia" Catherine Meurisse. A że materiału jest w komiksie ogrom (bo autorka przetworzyła w nim blisko pięćdziesiąt dzieł ze zbiorów Museum Orsay), nie ma chyba sensu prezentować każdego zestawienia w osobnym wpisie.

Mam więc dla Was pierwszą paczkę – dziewięć zestawień. Dzieła, które przetwarza autorka, dobierałem tak, by z grubsza połowę (a dokładnie to pięć z nich) stanowiły te, które już się w ramach cyklu pojawiły.

Myślę, że w ciągu miesiąca uda mi się rozrysować (rozpaintować?) tu w ciągu miesiąca, w takich właśnie paczkach.

Tymczasem, nie przedłużając, zestawienia. A na nich "Moderne Olympia" i:

Édouard Manet, "Olimpia" ("Olympia"), 1863-1865.

Egar Degas, "W kawiarni" aka "Absynt" ("Dans un café" aka "L’Absinthe"), 1876.

Claude Monet, "Maki" ("Coquelicots"), 1873.

image/jpeg
image/jpeg

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Po ostatniej prelekcji poświęconej historii sztuki w komiksie kilka osób (no, trzy, ale trzy to kilka, a kilka lepiej brzmi) napisało mi, że zbiorczy wpis blogowy, w którym prezentuję wszystkie zestawienia z tego cyklu zamieszczone dotąd w moich soszalach, ładuje się w nieskończoność i mógłbym pomyśleć nad jego podzieleniem. A że takie głosy pojawiały się i wcześniej, tak też zrobiłem.

Wczoraj zamieściłem na blogu sześć wpisów z materiałem z cyklu z podziałem na następujące okresy: do X wieku, XI-XV wiek, XVI-XVII wiek, XVIII wiek, XIX wiek i XX wieku. A w każdym z tych wpisów zestawienia uporządkowałem w kluczu chronologicznym według daty powstania przetwarzanego dzieła.

Z pierwszym zakresem trochę się przeliczyłem, bo materiałów jest tam ledwie kilka, więc być może w przyszłości połączę okresy od X wieku i XI-XV wiek w jeden wpis. Z drugiej strony – przypuszczam, że w raczej bliższej niż dalszej perspektywie będę musiał rozbić XIX wiek na dwa wpisy, ponieważ materiałów go dotyczących już teraz jest sporo, a będzie tego dużo więcej.

Mam nadzieję, że osobom, które temat interesuje, będzie teraz łatwiej zapoznać się z materiałami. Nieśmiało polecam zerknąć.

Tu linki do poszczególnych wpisów:

Do X wieku: https://pan-optykon.pl/komiks/historia-sztuki-w-komiksie-do-x-wieku/.

XI-XV wiek: https://pan-optykon.pl/komiks/historia-sztuki-w-komiksie-xi-xv-wiek/.

XVI-XVII wiek: https://pan-optykon.pl/komiks/historia-sztuki-w-komiksie-xvi-xvii-wiek/

XVIII wiek: https://pan-optykon.pl/komiks/historia-sztuki-w-komiksie-xviii-wiek/

XIX wiek: https://pan-optykon.pl/komiks/historia-sztuki-w-komiksie-xix-wiek/.

XX wiek: https://pan-optykon.pl/komiks/historia-sztuki-w-komiksie-xx-wiek/.

Pozwolę sobie wykorzystać ten wpis na rzadką przypominajkę, że jeśli macie ochotę postawić mi kawunię za tę (i inną) dłubaninę, to mam profil na buycoffe.to. A pozwolę, bo to jedna z tych sytuacji, w których dwie noce z rzędu wlałem w siebie trochę kawy, żeby zamiast robić chrapu-chrapu, przerzucić ręcznie wszystkie materiały (i w końcu uporządkować je chronologicznie). Tu link: https://buycoffee.to/panoptykon

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Chyba najwyższy czas na trzecią odsłonę serii wideo-wpisów z logami producentów i dystrybutorów filmowych zmodyfikowanymi na potrzeby konkretnych tytułów.

Znów Columbia. Tym razem w wariancie animowano-tanecznym.

Czyli: "Dzięki Bogu już piątek" ("Thank God It's Friday", 1978, Robert Klane).

video/mp4

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Gdy Pora Imperatora wzywa, żeby pogadać o filmach, jedyną możliwą odpowiedzią z mojej strony jest pytanie: "Kiedy?".

I tak oto w piątek pogadaliśmy o meta-filmie (już nie do końca) pompy, czyli o "Bohaterze ostatniej akcji" ("Last Action Hero", 1993, John McTiernan). Był w planach już dawno, dawno temu i już wtedy zakrzyknąłem, że chcę.

A już dziś naszą rozmowę można obejrzeć i odsłuchać w serwisach YouTube i Spotify. Zachęcam.

YouTube: https://www.youtube.com/watch?v=IS_am4MCdvA.

Spotify: https://open.spotify.com/episode/7hbpVRrPLMfKtcNnpF2Kcn.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Filmowe loga filmowymi logami, ale nie mogę zapominać o swoim najważniejszym cyklu , czyli Historii sztuki w komiksie. Tym bardziej że w sobotę znów będę miał przyjemność opowiedzieć co nieco na ten temat na żywo. Tym razem we Wrocławiu.

U góry: Arnold Böcklin, "Wyspa umarłych" ("Die Toteninsel"), wersja piąta, 1886.

Na dole: "Blood: A Tale", nr 4, 1987, scen. J. M. DeMatteis, mal. Kent Williams.

Za zwrócenie mojej uwagi na ten kadr dziękuję Ireneuszowi Pietryce (który sam komiks bardzo chwali).

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Przed Wami druga odsłona cyklu wideo-wpisów, w którym prezentuję loga producentów i dystrybutorów filmowych zmodyfikowane na potrzeby konkretnych tytułów.

Wczoraj pokazywałem Wam logo Columbii w filmie "Mysz, która ryknęła" ("The Mouse That Roared", 1959, Jack Arnold). Dziś mam Columbię w filmie "Zombieland: Kulki w łeb" ("Zombieland: Double Tap", 2019, Ruben Fleischer).

Jest wysoce prawdopodobne, że już nigdy więcej w ramach cyklu nie pojawią się tu jedno po drugim loga, które będą się tak dobrze komponować.

W filmie z 1959 roku Columbia ucieka przed myszą. Minęło sześćdziesiąt lat, Columbia się wyemancypowała, nabrała sprawczości i umiejętności posługiwania się pochodnią w spuszczaniu wpierniczu. Niestraszne są więc już jej nie tylko myszy, ale i zombie.

P.S. Ta modyfikacja loga ewidentnie zapada w pamięć – pod wczorajszym wpisem na moim facebookowym profilu wspominały o niej trzy osoby.

video/mp4

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Uwaga! Rozpoczynam nowy cykl wpisów. Wideo-wpisów.

Mam już przygotowane czternaście plików wideo (jeszcze bez towarzyszących im tekstów), do tego odnotowane kilkanaście innych rzeczy, więc materiału nie zabraknie.

Przez jakiś czas chciałbym pokazywać Wam loga producentów i dystrybutorów filmowych zmodyfikowane na potrzeby konkretnych tytułów.

Na początek Columbia Pictures i coś, co jest samowyjaśniające się. Mianowicie – logo, które pojawia się na początku filmu "Mysz, która ryknęła" ("The Mouse That Roared", 1959, Jack Arnold).

No i mam też pytanie do Was. Macie jakieś ulubione przykłady tego typu zabiegów? Ciekawe, ile się nam pokryje.

video/mp4

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

W ostatnim wpisie wspominałem, że w związku z moją niedawną prelekcją o wampirach i wampiryzmie w komiksie chciałbym przez jakiś czas zamieszczać tu krótkie materiały w tym temacie.

Zacznę od miniserii "Screamland", która ukazała się w 2008 roku w USA nakładem Image Comics. Rozważałem, czy nie zawrzeć jej w prezentacji na Horror Day, ale zrezygnowałem z tego z uwagi na brak miejsca. Co prawda pisałem już o tej miniserii, ale było to trzy lata temu, do tego na facebookowym peju, więc chyba mogę do tych myśli wrócić.

Zanim przejdę dalej, muszę wyznać coś, co do czego nie mam najmniejszej wątpliwości, że wpływa na moją ocenę tego komiksu. No więc – jestem frajerem, jeśli chodzi o historie o podstarzałych aktorach, którym wiedzie się wujowo, ale ciągną dalej, bo co innego pozostało. Szydźcie, ile chcecie, ale wzruszyłem się na Ostatniej gwieździe kina (The Last Movie Star, 2017, Adam Rifkin) z jedną z ostatnich ról Burta Reynoldsa. No bo jestem frajerem, jeśli chodzi o historie o podstarzałych aktorach, którym wiedzie się wujowo…

I o tym właściwie jest miniseria „Screamland”. Na tym jednak nie koniec, bo podstarzałymi aktorami są tu ikony klasycznego kina grozy spod znaku Universalu – potwór Frankensteina, Dracula, Człowiek-wilk i Mumia. A że to również są rejony bliskie mojemu sercu… No, samo w sobie nie przesądzało to jeszcze o niczym, ale sporo obiecywało.

I dostarczyło. Czy też – Harold Sipe (scenariusz) i Hector Casanova (rysunki) dostarczyli. Choć kilka stron pierwszego zeszytu mogło zniechęcać, bo wróżyło, że całość skręci w rewiry polskiego kabaretu, czyli: hehe segz i chłop za babę się przebrał. Na szczęście dalej jest już zabawnie i melancholijnie, na zmianę i równocześnie. Choć trzeba podkreślić, że dowcip jest ciut insajderski – do pełnego delektowania się nim wymaga jako takiego rozeznania w historii kina grozy. Ale i bez tego komiks działa, bo w gruncie rzeczy jest to sympatyczna opowieść o o przeczołganych przez życie ludziach, którzy idą dalej. A że tymi ludźmi są monstrum, wampir, wilkołak i mumia? No bywa. Przynajmniej w komiksach.

Polecam!

image/jpeg
image/jpeg

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Wczoraj zakończyła się 11. edycja Horror Day - Dolnośląski Festiwal Grozy. Chyba rekordowa pod względem frekwencji. Bawiłem się, jak zwykle, świetnie.

W tym roku miałem też przyjemność ponownie dołożyć cegiełkę do programu. Właściwie to półtora cegiełki. Gdyż-ponieważ...

W piątek moderowałem fantastyczną dyskusję na temat "Carmilli" Sheridana Le Fanu w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki Grozy, którą poprzedziłem króciutką prelekcją.

W sobotę natomiast przez godzinę opowiadałem o komiksach o tematyce wampirycznej. Mówiłem o pozycjach z USA i Europy (w planach była też Ameryka Południowa, którą miał reprezentować "Dracula" Alberta Brecci, ale czas się kończył, więc pominąłem). Były były rzeczy starsze (najstarsza z 1953 roku) i nowsze (z 2025 roku), tradycyjnie rozumiane komiksy grozy, dość nieortodoksyjny komiks superbohaterski, była siarczysta pulpa, było co nieco humoru.

Jeśli macie ochotę zerknąć na prezentację, z której korzystałem, to ją udostępniłem. Link tutaj: https://www.academia.edu/144866545/Komiksowe_oblicza_wampir%C3%B3w_i_wampiryzmu.

Sądzę, że w najbliższym czasie pojawi się tu trochę krótkich wpisów poświęconych tematyce wampirów i wampiryzmu w komiksie – tak na podstawie partii prezentacji, jak i dotyczących tytułów, które do niej nie trafiły.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Czy Quentin Tarantino inspirował się komiksowymi "Opowieściami z krypty"?

Kurczę... Widziałem ten komiksowy kadr wiele razy, ale dopiero dziś, gdy pokazałem go podczas prelekcji w ramach Horror Day - Dolnośląski Festiwal Grozy, mnie to uderzyło.

Być może znacie tę scenę z "Pulp Fiction", w której Mia, siedząc z Vincentem w samochodzie, mówi mu, żeby nie był sztywniakiem (square). A właściwie nie nie do końca mówi, bo z jej ust padają tylko słowa "Nie bądź...", po czym rysuje w powietrzu palcami prostokąt, który w formie kropkowanej stopniowo pojawia się na ekranie.

Podobny zabieg niemal równe czterdzieści lat wcześniej zastosowali twórcy historii na podstawie baśni o królewnie śnieżce z cyklu "Grim Fairy Tale!", opublikowanej w 39. numerze "Tales from the Crypt" datowanym na przełom 1953 i 1954 roku. Tam postać mówi" Dig the square" i rysuje w powietrzu prostokąt, który również zostaje przedstawiony w formie wykropkowanej.

Nie wiem, czy Tarantino faktycznie inspirował się tym komiksem, ale podobieństwo jest uderzające.

@panoptykon@c.im avatar panoptykon , to random Polish

Liczę, że zajawka w stylu paintowego minimalizmu zwróciła Waszą uwagę. Bo mam ogłoszenie jutubowo-spotifajowe.

Otóż na moich profilach na tych platformach wczoraj wylądował zapis prelekcji, z którą miałem przyjemność pojawić się na @Games & Vintage Days Wrocław, organizowanych przez Muzeum Gry i Komputery Minionej Ery i RetroGralnię.

A w ramach prelekcji opowiadałem o fenomenie Mortal Kombat w latach 90. XX wieku, koncentrując się na dwóch kwestiach – rozwoju tej serii i kształtowaniu się jej lore oraz próbach stworzenia z Mortal Kombat multimedialnej franczyzy dla różnych grup wiekowych.

Było więc o grach, komiksach, filmach, serialu animowanym oraz obwoźnym scenicznym widowisku kopano-laserowym. A w ramach partii o rozwoju lore pochyliłem się między innymi nad postacią Raidena, który pierwotnie nie był bóstwem chroniącym Ziemię, jakim znamy go z późniejszych odsłon franczyzy.

Linki do nagrania znajdziecie w komentarzach.

Youtube: https://www.youtube.com/watch?v=Ikn9yMXQCi4.

Spotify: https://open.spotify.com/show/5C38v2FYHtPrcc1JKHWfEg.